wtorek, 24 stycznia 2017

I żyli długo i szczęśliwie...czyli co nie sprzyja szczęściu pary

„Żyli długo i szczęśliwie” nie oznacza bynajmniej pasma wyjątkowego szczęścia.

Przed laty pewien znany badacz zachowań agresywnych z Chicago postanowił zarobić i opracował narzędzie do dobierania par przez biura matrymonialne.
Ustalił, że dla przewidywania powodzenia pary trzeba znać tylko dwa fakty: pierwsze wrażenie, jakie zrobili na sobie potencjalni partnerzy, i zdolność do szybkiego uczenia się.
Jeśli chętni do małżeństwa zrobili na sobie pozytywne wrażenie, a jeszcze lepiej, gdy było ono pozytywne w takim samym stopniu, mieli już pięćdziesiąt procent szans powodzenia. '
Jeśli wrażenie było nijakie lub niesymetryczne, wtedy szanse radykalnie malały.


Jeśli obie strony uczyły się łatwo, dochodziło następne pięćdziesiąt procent szans powodzenia, a więc mogli żyć długo i szczęśliwie. Jeśli zaś oboje lub choćby jedno z nich miało mniejsze zdolności do uczenia się, wtedy raczej nie było szans na szczęśliwy związek. Gdyby to było takie proste…


Zazdroszczę uczonemu koledze takiego poczucia kompetencji. Sama, niestety, muszę przyznać się do skrajnej niekompetencji. Byłoby z mojej strony świadectwem arogancji i – co tu kryć – hipokryzji, gdybym twierdziła, że wiem, co trzeba zrobić, aby z pewnością być szczęśliwym z drugim człowiekiem. 

Wiem za to, że „żyli długo i szczęśliwie” nie oznacza bynajmniej pasma wyjątkowego szczęścia. To raczej przeplatanka dobrego i złego. Dzieje się tak, ponieważ znaczna część tego, co nazywamy szczęściem, to poczucie ulgi, bo minęło coś złego. Najlepiej, gdy minęło za sprawą własnych działań.
Podobnie jest z poczuciem nieszczęścia – wiele takich doznań bierze się z faktu, że coś wartościowego, radosnego nagle się skończyło.
Inny powód jest taki, że wartość stanu cennego maleje wraz z jego powtarzaniem się i czasem trwania. Innymi słowy, z upływem czasu szczęście traci na wartości. Traci bez naszego udziału, ale żeby przywrócić mu dotychczasową wartość, trzeba się napracować.


Więcej: wiem, co szczęściu wspólnemu nie sprzyja:
Przede wszystkim egoizm, gdy interes własny spostrzegany jest przez kogoś nie tylko jako ważniejszy od interesu bliskiego człowieka, ale także od interesu wspólnego. „Moje” jest ważniejsze niż „twoje” czy „nasze”. Moja praca i odpoczynek, moi przyjaciele i koszule, moje przyjemności i pieniądze.
Oto przykład: pieniądze zarobione przeze mnie są „moje”, pieniądze zarobione przez partnera są „nasze”.

Pochodną egoizmu jest dominacja. Czyjeś zdanie się liczy, a czyjeś nie, ktoś tu musi rządzić, a ktoś słuchać. Ktoś musi wynosić śmieci, ktoś inny nie. To mieszanina wyższości i władzy. Konsekwencją jest pycha z jednej strony i upokorzenie z drugiej.
Najważniejszym jednak skutkiem egoizmu jest wyzyskiwanie partnera. Zaczyna się od „zrób to dla mnie” poprzez „zrób to za mnie” aż po zwyczajne „zrób to i tyle”.

Potem jest rywalizacja. Kto kogo? Kto więcej znaczy, kto więcej wie, kto sobie ręce po łokcie urabia, kogo bardziej lubią, kto więcej zarabia, a kto więcej wydaje. Krótko mówiąc: kto z nas jest lepszy, a kto gorszy? Lepszy z gorszym rzadko bywają dobraną parą.

Wreszcie uprzedmiotowienie. W sensie szerokim oznacza to traktowanie kogoś jako instrumentu do realizacji swoich celów, o czym już była mowa. W sensie wąskim to traktowanie partnera jako obiektu seksualnego. Dotyczy to głównie, choć nie tylko, kobiet.

Lustrzanym odbiciem uprzedmiotowienia jest często samouprzedmiotowienie, czyli sprowadzanie siebie samego do roli seksualnej oraz emocjonalne poddaństwo względem partnera.

Dobrostanowi par – jak widać – chyba najbardziej zagraża nierówność.
Ale czy równość automatycznie zapewnia szczęście?
Wątpię.

AS